Doszłam wczoraj do wniosku, że skoro już się uzewnętrzniłam to pociągnę temat i co jakiś czas napiszę krótkie przemyślenia czy to związane z dietą, czy też innymi zmaganiami grubasów w życiu codziennym. Nie wiem, czy ten temat w ogóle będzie Was interesował, ale co tam ;)
Ostatnio w pracy koleżanka mi powiedziała, że podziwia mnie za to, że przy takiej figurze, jaką mam (nazywam ją klepsydrą z dodatkowymi godzinami ;)) ubieram się modnie i fajnie. I wiecie co Wam powiem (chyba każda większa dziewczyna mi przytaknie)? Ubrać się modnie i interesująco w większym rozmiarze bez nadszarpywania budżetu to nie lada wyzwanie, które potrafi pochłonąć sporo czasu!
Już dawno temu pogodziłam się z faktem, że moda jest raczej dla osób chudych. Chociaż może powinnam to inaczej ująć... Producenci ubrań zdecydowanie preferują szczupłe panie (a tym tyje tylko i wyłącznie brzuch, gdzie tam nogi i biust). Przykładowo będę śmiała stwierdzić, że nie jedna dziewczyna (nawet taka nosząca rozmiar 38) wie, że kupienie dobrze dopasowanych spodni to istny koszmar. Jak w pasie powinny być dobre to nie ma szans, żeby się przecisnąć przez nie w biodrach. A jak w biodrach pasują to w pasie odstają tak, że jeszcze jedna osoba by tam weszła. Ogólnie uważam, że polski rynek raczej nie jest dopasowany dla krągłych kobiet. Tak, tak narzekam, ale uwierzcie mi. Nosząc duży rozmiar spotykam ubrania, które powinny być dobre. Zostałam jednak obdarzona proporcjonalną sylwetką (i okropnymi nogami) i mało co na mnie dobrze leży. Większość bluzek albo mi zniekształca biust, albo wygląda jak worek pokutny (na dodatek prawie na pewno będzie brązowy lub bordowy), w 90% koszul w ogóle się nie zapnę, a kiedy decyduję się na dekolt w pracy przeżywam katusze pt. co powie szefowa. Dodatkowym problemem są spódnice... Nie pojmuję faktu dlaczego, dlaczego uparcie w moim rozmiarze spotykam spódnice o długości, w której nawet po domu bym nie chodziła. Ja wiem, że nie każda dziewczyna ma tak okropne nogi jak ja, ale kurcze.. miniówki to lekka przesada!
Bez bicia przyznaję się, że maniakalnie wręcz przeglądam Pinterest w poszukiwaniu inspiracji. Z zazdrością też oglądam te cudowne ubrania, które pokazują dziewczyny z zagranicy. Zawsze jak się naoglądam tych boskich ołówkowych spódnic, tych rurek (w które w życiu się nie wcisnę) zastanawiam się czy kiedykolwiek się w coś takiego zmieszczę i gdzie ja takie cuda znajdę?
Ostatnio w pracy koleżanka mi powiedziała, że podziwia mnie za to, że przy takiej figurze, jaką mam (nazywam ją klepsydrą z dodatkowymi godzinami ;)) ubieram się modnie i fajnie. I wiecie co Wam powiem (chyba każda większa dziewczyna mi przytaknie)? Ubrać się modnie i interesująco w większym rozmiarze bez nadszarpywania budżetu to nie lada wyzwanie, które potrafi pochłonąć sporo czasu!
Już dawno temu pogodziłam się z faktem, że moda jest raczej dla osób chudych. Chociaż może powinnam to inaczej ująć... Producenci ubrań zdecydowanie preferują szczupłe panie (a tym tyje tylko i wyłącznie brzuch, gdzie tam nogi i biust). Przykładowo będę śmiała stwierdzić, że nie jedna dziewczyna (nawet taka nosząca rozmiar 38) wie, że kupienie dobrze dopasowanych spodni to istny koszmar. Jak w pasie powinny być dobre to nie ma szans, żeby się przecisnąć przez nie w biodrach. A jak w biodrach pasują to w pasie odstają tak, że jeszcze jedna osoba by tam weszła. Ogólnie uważam, że polski rynek raczej nie jest dopasowany dla krągłych kobiet. Tak, tak narzekam, ale uwierzcie mi. Nosząc duży rozmiar spotykam ubrania, które powinny być dobre. Zostałam jednak obdarzona proporcjonalną sylwetką (i okropnymi nogami) i mało co na mnie dobrze leży. Większość bluzek albo mi zniekształca biust, albo wygląda jak worek pokutny (na dodatek prawie na pewno będzie brązowy lub bordowy), w 90% koszul w ogóle się nie zapnę, a kiedy decyduję się na dekolt w pracy przeżywam katusze pt. co powie szefowa. Dodatkowym problemem są spódnice... Nie pojmuję faktu dlaczego, dlaczego uparcie w moim rozmiarze spotykam spódnice o długości, w której nawet po domu bym nie chodziła. Ja wiem, że nie każda dziewczyna ma tak okropne nogi jak ja, ale kurcze.. miniówki to lekka przesada!
Bez bicia przyznaję się, że maniakalnie wręcz przeglądam Pinterest w poszukiwaniu inspiracji. Z zazdrością też oglądam te cudowne ubrania, które pokazują dziewczyny z zagranicy. Zawsze jak się naoglądam tych boskich ołówkowych spódnic, tych rurek (w które w życiu się nie wcisnę) zastanawiam się czy kiedykolwiek się w coś takiego zmieszczę i gdzie ja takie cuda znajdę?
![]() |
| źródło |
![]() |
| źródło |
![]() |
| źródło |
![]() |
| źródło |
Cóż nigdy nie nosiłam rozmiaru mniejszego niż 44 (nawet jako nastolatka), dlatego też z doświadczenia wiem, że największą kopalnią ubraniowych skarbów są second handy. Znajduję tam świetne ubrania w dobrej cenie. Dzięki Bogu można tam często spotkać ubrania z angielskich sieciówek, takich jak np. Debenhams. Taką perełką (która niedługo już mi spadnie z tyłka) są jasno zielone spodnie, które noszę praktycznie na okrągło. To jedne z nielicznych jeansów, które dobrze na mnie leżą! Mała czarna za 20 zł to chyba zakup stulecia, bo każdemu się podoba, a taki klasyk jest potrzebny każdej kobiecie. Tak samo jak żakiet, który zobaczycie na jednym z poniższych zdjęć. Prosty, szary, ponadczasowy. Nosiłam go przez połowę studiów, teraz też będzie mi go ciężko schować/wyrzucić, ale bądźmy szczerzy... W mojej szafie szykują się zmiany!
Te w sumie już nastąpiły, bo oficjalnie mówię, że jestem rozmiar mniejsza, ale to dopiero początek. Marzę, że kiedyś będę mogła wejść do Zary, czy Reserved i znaleźć coś w co wejdę. Ale ku temu jeszcze długa droga. Na razie cieszę się z małych sukcesów. Konieczności zwężania spodni, czy faktu, że ostatnio weszłam w koszulę, którą ostatni raz nosiłam w liceum. Może kiedyś nawet powiem, że jestem ładna, a moje krągłości są sexy? Bo pomimo, że wiem, że postawiłam sobie cel, któremu mój organizm nie podoła, ale nie można sie poddawać, prawda?










