Odkąd pracuję i dojazdy zajmują mi sporo czasu polubiłam się z hybrydami. I może nie trzymają się u mnie spektakularnie długo, ale zdecydowanie ułatwiły mi życie. Jednym z nielicznych minusów jest na pewno zdejmowanie, które najzwyczajniej w świecie trwa dłużej niż zmycie zwykłego lakieru. Dlatego, kiedy dostałam możliwość wyboru produktów w sklepie Lady Queen to nie wahałam się długo, żeby zdecydować się właśnie na klipsy, które miały mi to ułatwić. Właśnie na nie najbardziej czekałam. I wiecie co? Smuteczek.... Nie dość, że dostałam 5, chociaż na stronie wyraźnie pisało, że nakładek jest 10 to jeszcze... cóż nacięłam się na chińskie prawa fizyki i photoshopa, bo po zdjęciach byłam przekonana, że będą one miały różne rozmiary, a dostałam pięć wielkich klipsów, które nie chciały zostać na miejscu nawet na moim nienaturalnie szerokim kciuku. Ba! Sprawdziłam też inne recenzje (bo wiem, że niektóre z Was je testowały) i wiem, że dostawałyście je w 5 różnych rozmiarach! Współpraca z nimi przysporzyła mi więcej przekleństw i irytacji, niż oszczędność czasu i folii aluminiowej. Fakt... są prawie połowę tańsze niż na BPS, bo kosztują $ 4.58, ale co z tego? I jak jeszcze fakt, że nie ma ich 10ciu, tylko 5 da się przeżyć, ale fakt, że spadały i zdjęcie samego harda (jedna cieniutka warstwa) zajęła mi prawie pół godziny, gdzie każdy najmniejszy ruch powodował, że klips spadał kompletnie przekreślił ich szanse na ponowne użycie. Nie chcę do nich walić nie wiadomo ile waty, czy wacików, bo nie taki był cel. Myślałam, że w pewien sposób zaoszczędzę coś na folii aluminiowej, ale chyba się przeliczyłam. To produkt zdecydowanie nie dla mnie.
Nie mówię, że przekreślam sklep i produkty tam się znajdujące, bo to zdecydowanie nie mój cel, ale mam nauczkę, żeby wybierać produkty bardziej rozważnie, zwłaszcza, że sklep ma bardzo szeroką gamę produktów w fajnych cenach. A dodatkowo z kodem BRLC15 dostaniecie 15% rabatu :)

