W sumie to planowałam Wam w weekend pokazać ostatniego Glossyboxa, ale po raz kolejny dostałam niepełną paczuszkę i czekam na dosłanie 2 produktów (drugi był uszkodzony). Ogólnie mam do nich jakiegoś pecha, chociaż tego miesięczne pudełko cudowne. Po prostu cudowne! Jestem bliska do przekonania się do różanych kosmetyków, ale może o tym wspomnę kiedy indziej. Dziś o cudzie, który dla mnie okazał się koszmarkiem. Mowa o eyelinerze w żelu z ostatniej kolekcji limitowanej Essence. Kolor piękny, bo to dla mnie idealny na wiosnę turkus, nazywa się Shopping @ Portobello Road kusił mnie na zdjęciach innych bloggerek i jak już go dorwałam wiedziałam, że go chcę. I jak kolor jest piękny, to niestety na oku już tak nie kusi. Problemem jest to, że ten eyeliner nie zasycha. Przez to po 5 minutach jest na całej mojej powiece. Cóż takie są uroki opadających powiek, ale nigdy nie miałam takich problemów z produktami tego typu. Oczywiście jakoś sobie z tym problemem poradziłam. A raczej zrobiła to moja mama kradnąc mi go i używając na dolnej powiece - bardzo to do niej pasuje, więc może i dobrze ;) Do tego produktu mam jeszcze jedno zastrzeżenie - ciężko się go zmywa. Już prędzej pozbędę się go ścierając ręką niż wszystkim, co mam pod ręką. Nie wiem czemu. Po prostu tego fenomenu nie rozumiem. A szkoda, bo już nawet bym to przebolała, a tak to nadal pozostaję bez ulubieńca na wiosnę. Może macie jakieś kredkowo-eylinerowe sekrety i mi coś polecicie? Chcę coś żywego i trwałego we wszelakich odcieniach niebieskiego, może zielonego (a najlepiej jakiś ładny miks ;)).
