Jeszcze jedno zdjęcie, tweet, status, czy artykuł o Bieberze i zrobię komuś krzywdę. A ktoś jest dziś bardzo konkretnym osobnikiem...
Dziś niebo, pewnie jutro pojawi się piekło. Dlaczego tak piszę? Bo właśnie z niebem i anielskością kojarzy mi się lakier Orly - Peaceful Opposition. To jeden z tych lakierów, które wiedziałam, że muszę mieć. A takiej okazji przepuścić się nie dało. Chilli... dziękuję za pomoc w spełnieniu mojego marzenia ♥
Peaceful Opposition to piękny mleczny żelek z całym mnóstwem srebrnych kwadratów i heksów. Słabo kryje, ale to właśnie ten kanapkowy efekt nadaje urok temu cudakowi. W sumie jedyne do czego mogłabym się przyczepić to fakt, że na moich paznokciach lakier rozlewał się na boki i przez to warstwa na brzegu jest grubsza niż pośrodku paznokcia. No i fakt, że szybko mi odprysnął, ale to totalnie nie jego wina. Gdyby nie rozdwojenie paznokcia na pewno wytrzymałby ponad 24 godziny! Ach mogłabym mieć tak pomalowane paznokcie w dniu własnego ślubu. Lekkość i anielskość tego lakieru mnie wręcz zachwyca. Na samą buteleczkę mogę się gapić godzinami (zwłaszcza na starą wersję, bo nową pewnie schowałabym głęboko :P).
No same powiedzcie... czyż nie jest cudny? Ach nadal siedzę i się gapię. Uwierzcie mi... jeśli się nad nim zastanawiacie nie róbcie tego. Bierzcie z zamkniętymi oczami. Jest tego wart.
